Jedną z kategorii, w których przyznaje się Oscary jest "Najlepsza piosenka oryginalna". W tym roku nominowane są utwory z filmów "Lego: Przygoda", "Selma", "Beyond the Lights", "Glen Campbell: I’ll Be Me" oraz "Zacznijmy od nowa". Utwory te można usłyszeć na antenie Radia Express!

Piosenka "Glory" Johna Legenda i Commona z filmu Selma zanim otrzymała nominację do Oscara dostała statuetkę Zlotego Globu. Glory to nie pierwsza kolaboracja tych artystów. Panowie w studiu spotykają się co jakiś czas, najczęściej z bardzo dobrym skutkiem. Najnowsze dzieło, jak może zwiastować już sam tytuł jest mocno patetyczne. John Legend śpiewa między innymi o sprawiedliwości. Common natomiast postanowił nawiązać do ostatnich strajków w Ferguson w stanie Missouri. "Selma" opowiada historię życia Martina Luthera Kinga Juniora i jego walce o prawa obywatelskie.

O statuetkę walczyć będzie też utwór z filmu Beyond the Lights - Grateful w wykonaniu Rita Ora. To kompozycja samej Diane Warren, która w licznych wypowiedziach przyznaje, że marzy jej się wykonanie tego utworu przez Ritę na następnej gali rozdania Oscarów. Beyond the lights opowiada historię młodej wokalistki, która dopiero po poznaniu odpowiedniego mężczyzny zaczyna wierzyć w swój talent.

Nagranie rywalizować będzie z numerem "I'm Not Gonna Miss You" Glena Campbella z dokumentu o muzyku country. 78-letni obecnie Glen Campbell w 2012 roku pożegnał się ze sceną. Już wówczas musiał korzystać z promptera, na którym wyświetlały się teksty piosenek.Nagrana w styczniu 2013 roku piosenka "I'm Not Gonna Miss You" to część filmu dokumentalnego "Glen Campbell: I'll Be Me", który miał premierę pod koniec października 2014 roku. Film opowiada o chorobie muzyka i jego pożegnalnej trasie koncertowej. W związku z pogorszeniem swojego stanu Campbell przebywa w specjalnym domu opieki w Nashville. Jak ujawniła jego żona, Kim Woolen, muzyk nie odstawił jednak gitary. Największe sukcesy Campbell odnosił w latach 60. i 70. XX wieku. Początkowo występował ze znanymi solistami, od 1961 rozpoczął karierę solową. W dorobku ma takie przeboje, jak m.in. "Turn Around and Look at Me", "Galveston", "It's Only Make Believe", "Rhinestone Cowboy", "Wichita Lineman". Zdobył w sumie pięć statuetek Grammy, a w 2012 r. wyróżniono go Grammy za całokształt kariery.

Kolejny rywal to indierockowy duet Tegan and Sara, który z komediową ekipą The Lonely Island przygotował "Everything is Awesome" do animacji "LEGO: Przygoda". Film opowiada historię Emmeta, przeciętnego ludzika Lego, robotnika, który przez pomyłkę zostaje wzięty za najbardziej wyjątkowego bohatera w świecie klocków i wysłany w misję uratowania swoich ludzi przed złym tyranem. Głosów postaciom użyczyli Morgan Freeman, Will Ferrell, Liam Neeson, Chris Pratt, Elizabeth Banks i Will Arnett. Dorobek kanadyjskich bliźniaczek Tegan and Sara zamyka album "Heartthrob" ze stycznia 2013 roku. Siostry nagrały niedawno piosenkę "Don't Find Another Love" do romantycznego dzieła filmowego "Miłość bez końca".

Do Oscara nominowano również akustyczną balladę "Lost Stars" z muzycznej komedii romantycznej "Zacznijmy od nowa" (oryg. Begin again). Kawałek, którego autorami są m.in. Gregg Alexander i Danielle Brisebois śpiewa Adam Levine z Maroon 5. "Zacznijmy od nowa" opowiada o współpracy przygnebionego producenta muzycznego z młodą piosenkarką. Główne role w filmie grają Keira Knightley oraz Mark Ruffalo. Do filmu powstał również soundtrack. Znajdziemy na nim aż szesnaście kompozycji. Trzy z nich nagrał Adam Levine: Lost Stars, No One Else Like You, A Higher Place.

W kategorii muzyka o najważniejsze wyróżnienie przemysłu filmowego walczyć będą Jóhann Jóhannsson, Alexandre Desplat, Hans Zimmer i Gary Yershon.

W ubiegłych latach statuetką Oscara nagrodzone zostały m.in. "Let it go" z "Krainy lodu", "Skyfall" czy "We Belong Together" z "Toy Story 3". Rozdanie Oscarów 2015 22 lutego 2015 roku w Dolby Theatre w Los Angeles. Galę poprowadzi Neil Patrick Harris. 

Dzisiejszą audycję sponsorowały literki C i S, liczba 2 oraz następujące kawałki:

Jak karnawał to karnawał. W tym tygodniu nasza Płyta Tygodnia będzie mocno taneczna! 

Sia, John Legend, Nicki Minaj, Nico & Vinz, Emeli Sande, Sam Martin – ci artyści są wśród wspierających wokalnie Davida Guettę w piosenkach z płyty „Listen”.

TM: Zacznijmy od Gali Noworocznej?

AS: Bardzo się cieszę, że odzew publiczności był taki, jaki był. Widownia praktycznie nie chciała nas wypuścić ze sceny. Właśnie przy takich spotkaniach głównie cieszę się, że mogę pracować ze swoją orkiestrą, i to już prawie 10 lat. Mogę współpracować z najlepszymi muzykami – młodego i średniego pokolenia. Do Chełma zawitali najwybitniejsi wokaliści – w moim odczuciu to jest absolutna elita wokalna w Polsce – Natalia Kukulska i Kasia Wilk, czyli dwie przemiłe panie oraz dwóch wspaniałych facetów – Piotr Cugowski i Igor Herbut. Za każdym razem, gdy występowaliśmy razem, odzew publiczności był wspaniały, pojawiały się głosy, że powinniśmy częściej razem występować. Stwierdziłem więc, że będę ich zapraszał na koncerty swojej orkiestry, bo jest to też okazja do tego, by pokazać ich w inny sposób. Przykładowo Igor pojawia się dosyć rzadko w orkiestrowej odsłonie. I to są takie ciekawe zdarzenia, które sobie wszyscy bardzo cenimy.

 

TM: Dyrygent, producent muzyczny, kompozytor, osobowość telewizyjna – którą z tych ról Pan lubi najbardziej?

AS: Paradoksalnie lubię najbardziej rolę, w której się pojawiam najrzadziej, czyli kompozytora – tzn. człowieka, który pokazuje swoją muzykę napisaną od a do z. Jakoś się tak poukładało, że w ostatnich latach moja działalność skupiała się głównie na aranżacjach, czyli na przerabianiu rozmaitych utworów – mniej lub bardziej znanych –i nadawaniu im własnego brzmienia. Niedawno miał miejsce też bardzo ważny koncert w moim życiu zawodowym – koncert poświęcony Grzegorzowi Ciechowskiemu. I już tworząc ten koncert miałem taki lekki przesyt tworzenia aranżacji. Pojawił się nawet pomysł, aby zrezygnować, ale ilekroć wchodziłem w kolejne piosenki, zdawałem sobie sprawę, że jest to twórczość ponadczasowa i wyszedł z tego chyba piękny koncert. Udało mi się dzięki wokalistom nadać tym utworom drugie dno, nowy charakter i to jest najważniejsze w mojej roli. Absolutnie trzeba znaleźć własne pokłady, aby je potem nadawać znanym utworom. Ale wracając do komponowanie... udało mi się wydać płytę „Muzyka własna” i myślę, że ten 2015 rok będzie się opierał głównie na komponowaniu własnej muzyki.

 

TM: Ponad 10 lat to masa doświadczeń z różnymi muzykami, wokalistami. Jakbyśmy mieli wymienić nazwiska, do których Pan najczęściej wraca przy kolejnych koncertach, to byłyby...?

AS: Tutaj nawet nie trzeba się specjalnie długo zastanawiać, bo miałem wielki zaszczyt być na jednej scenie z artystami, którzy, co ciekawe, pojawili się zupełnie nieoczekiwanie w moim życiu zawodowym – znaczy kompletnie się o to nie starałem i nie zabiegałem. Nagle, po prostu, pojawia się telefon od Krzysztofa Materny, który pyta, czy nie zechciałbym napisać aranżację, którą podyryguje Quincy Jones.

 

TM: Producent Michaela Jacksona.

AS: Dokładnie. Zadanie bajeczne. Wybitna postać, człowiek, który był odpowiedzialny za galę oscarową, współprodukował albumy takie jak „Thriller” Jacksona – do dziś album najlepiej sprzedający się w historii muzyki rozrywkowej. I nagle pojawia się szansa, że spotkam się z moim wielkim mistrzem, na którym się wychowywałem i do dziś jest to dla mnie wielki guru. Niezwykłe zdarzenie, cudowne. I podobna sytuacja miała miejsce, kiedy dostałem telefon z zapytaniem, czy zgodziłbym się pojawić na krótkim, cztero utworowym koncercie ze Stingiem. I co można odpowiedzieć na takie pytanie? Tak, będę! No magia! I dla takich momentów warto nie przesypiać nocy i zaaranżować nie jedno paso doble na potrzeby „Tańca z Gwiazdami” i innych rzeczy, które człowiek uważa za niechciane, ale które okazuje się, że są potrzebne.

 

TM: Jeśli chodzi o poprzedników – dyrygentów – nie ciąży na Panu ich piętno? Stara się Pan podążać własną ścieżką?

AS: Wydaje mi się, że nie ciąży. Może z tego powodu, że pochodzę z małego miasta, Koszalina, i nigdy nie miałem, jak moi koledzy, znajomi, kompleksu, że nie wywodzę się z wielkiej aglomeracji. Próbuję na siebie spojrzeć obiektywnie, chociaż pewnie nie jest to do końca możliwe. Nigdy nie miałem też tego kompleksu, aby stanąć na scenie wspólnie z wielkimi artystami. Nie podchodziłem nigdy do tego w kategorii, że to ja jestem ten mniejszy i słabszy, i to oni jakąś łaskę na mnie przenoszą, i tak dalej. Patrzę na historię, swoich poprzedników spokojnie, bez emocji, ale staram się wynieść z tego, co wnieśli, jak najwięcej. Myślę, że jak człowiek dojrzewa, w pewnym wieku zdaje sobie sprawę, że nie może się patrzeć nieustannie na rozmaite wzorce, a musi podążać własną drogą i znaleźć własny rys. Praktycznie ten cel jest nieosiągalny w tym zawodzie, bo my cały czas do czegoś dążymy w muzyce. Pamiętam, jak Witold Lutosławski powiedział, że dopiero po napisaniu muzyki żałobnej, czyli dzieła, które skończył w wieku 48 lat, doszedł do własnej muzyki, własnego języka muzycznego. Przez wszystkie lata szukał, wiedział, że „to” gdzieś jest, ale nie potrafił tego jeszcze ujarzmić.

 

TM: Dyrygent w pracy, a dyrygent w życiu?

AS: Czasami tak, ale chyba na szczęście nie tak pedantyczny w życiu, jak w pracy. Bo chyba bym zwariował... Raczej uprawiam spóźnienie – nawet w pracy, bo zawsze coś trzeba poprawić, a czas leci. W życiu prywatnym mam takie same potrzeby i pasje jak każdy normalny człowiek; kino, wyjście, spacer, nic specjalnego.

 

TM: Będąc jurorem programu muzycznego, widział Pan rzeszę ludzi, którzy przychodzą ze swoją muzykę. Jakby tak podsumować Pana gusta muzyczne, czy przez te wszystkie edycje programu one się w jakiś sposób zmieniały, ewoluowały?

AS: Cały czas idziemy ku dobremu. Oczywiście pojawiają się jakieś epizody, które nas wszystkich dołują w jakiś sposób. Telewizje idą w stronę utworów komercyjnych, które zrozumieją wszyscy i łatwo przyswoją. Jak to powiedział Wojciech Młynarski, jest to rodzaj zdziczenia obyczajów. Znaczy dawne zasady, polegające na tym, że artysta (czy to jest aktor czy to jest muzyk) wchodząc na scenę musiał mieć fach w ręku – tak było zawsze. Dziś już tak nie ma. Dziś aktor może być aktorem serialowym, który nie skoczył żadnej szkoły, nie ma absolutnie żadnego pojęcia o tym zawodzie, ale jest aktorem. Trudno powiedzieć, że nie jest skoro pojawia się w serialu. No, bo jak go nazwać? Rzemieślnikiem? Rzemieślnik, to słowo, które jest odbierane pejoratywnie, zupełnie niesłusznie moim zdaniem, dlatego że każdy wybitny artysta jest rzemieślnikiem. Dlatego że rzemiosło to jest ten fach w ręku, który wszyscy artyści powinni mieć. Mimo wszystko uważam, że dzięki Internetowi głównie następuje poszerzenie wiedzy i horyzontów, ludzie mają dostęp do tych wielkich artystów, ich wykonań, utworów. Dzięki temu możemy się edukować. Musimy mieć tylko ten podstawowy element, najważniejszy w życiu – chęci. Ale jeśli my, ludzie, którzy zawodowo zajmują się muzyką, będziemy podpowiadać młodym muzykom, rozpalać w nich chęci, to będzie coraz lepiej.

 

TM: Może jest zatem szansa, że ta „Muzyka własna” przebije się do szerszego grona?

AS: Bardzo na to liczę, ale jestem też realistą. Muzyka pisana na wielką orkiestrę symfoniczną w połączeniu z elektroniką, z muzykami, to jest skomplikowana machina i tego się oczywiście nie da zagrać codziennie. Mimo wszystko skoro jest to tak wyjątkowe, będzie bardziej doceniane. Liczę na to, że ten rok upłynie pod hasłem muzyki własnej i wydarzeń takich jak ostatni koncert w Chełmie.

 

TM: Dziękuję i życzę samych sukcesów w 2015 roku.

AS: Dziękuję i pozdrawiam wszystkich chełmian.

Dzisiejszą audycję sponsorowały literki A i V, liczba 12 oraz następujące kawałki:

„Migracje” to tytuł kolejnej płyty Meli Koteluk. Tym razem artystka zabiera słuchaczy do świata pełnego kontrastów - realizm słowny łączy się tu z abstrakcją, minimalizm z przestrzennym muzycznie bogactwem.

Album „Migracje” to zbiór niezależnych brzmieniowo kompozycji i polskich, autorskich tekstów. Całość dowodzi konsekwencji Meli i jej zespołu w pielęgnowaniu charakterystycznego języka, którego nie sposób pomylić z żadnym innym. W warstwie brzmieniowej opiera się on na łączeniu akustycznych i syntetycznych brzmień, w warstwie słownej realizm ściera się z abstrakcją. Na płycie pojawiają się oryginalne, kojące dźwięki bardzo rzadkiego instrumentu w kształcie przypominającego UFO, o nazwie hang drum, na którym gościnnie zagrał Wojtek Pęczek. Utwory dobarwia szalona wiolonczela Jana Stokłosy, a także flety, saksofony i klarnety.

Zespół zaprosił do współpracy cenionego producenta młodego pokolenia Marka Dziedzica, który nadał całości spójny, świeży i plastyczny charakter.

"Marek to wymagający producent, naprowadzał nas na nowe tropy, zachęcił do odważnego myślenia o stylistykach, które łączymy. Był moim uchem z zewnątrz - będąc w epicentrum, potrafił jednocześnie z dużym dystansem uczestniczyć w działaniach zespołu. Udało nam się połączyć minimalizm z muzycznym bogactwem, czyli poniekąd ogień z wodą. To album pełen kontrastów, tak jak czas i okoliczności, w których powstawał. Dla mnie "Migracje" są zapisem etapu, na którym byliśmy z zespołem od czasu wydania pierwszego albumu, bez wątpienia jednego z wielu przyszłych" - mówi Mela Koteluk.

Od poprzedniej płyty minęły dwa lata, intensywność tego czasu przełożyła się na "Migracje".

"Z pewnością świadomość pewnych zjawisk jest inna, niż w dniu debiutu" – dodaje Mela.